czwartek, 3 kwietnia 2014

                         Rozdział. 33. Kocham cię !!!

              Pomieszczenie jest całe w jakimiś ciemnym płynie. Nie za ładnie tu pachnie i jest wilgotno Po chwili dostrzegam co to ten ciemny płyn. Krew. Świeża krew. Przedemną stoi plecami Simon,a przed nim leży jakiś chłopak. Cały we krwi i świeżych ranach. Tak szybko wyciągam nóż i wbijam go w plecy Simona przebijając serce, że nawet nie zdąża zareagować. Odwraca się do mnie z zaskoczoną miną. Chcę coś powiedzieć, ale tylko otwiera usta a z nich wydobywa się krew i obada na kolana przy moich nogach. Odpycham go z odrazą. Nie mam dla niego skruchy. Zasłużył na to!  Za wszystko co zrobił to i tak lekka kara. Kiedy widzę, że uszło z niego całe życie. Momentalnie znajduję się przy ciele chłopaka. Rozpoznaje go choć jest cały we krwi i w strzępkach ciuchów. Jake. Mój Jake. Podciągam go do ściany i opieram o nią. Wydaję cichy jęk, ale nie otwiera oczu. Ten jęk sprawia mi ulgę. Przynajmniej żyje. Jego blond włosy są mokre i z kroplami krwi. Koszula którą miał na sobie w Instytucie jest cała w strzępkach. A części które są odkryte pokazują na ciele głębokie rany od bicza.   Panika mnie nie chcę opuścić, bo widzę mojego ukochanego w takim złym stanie. Staram się opanować strach i trzęsące się ręce. Wyciągam bandaże,opatrunki i parę innych rzeczy pierwszej pomocy. Od czego zacząć?  Kiedy dotykam długiego cięcia na czole Jake wydaję cichy jęk. Ocieram mu twarz z krwi i brudu. Może i nie wygląda najlepiej, ale to Jake. Może mieć blizny do końca życia a ja nadal będę go kochać! Nie obchodzi mnie wygląd tylko wnętrze! Nie obchodzi mnie wygląd niech tylko przeżyje! Zawsze będę go kochać. Zawsze!!! Odgarniam mu włosy z czoła. Jego oczy otwierają się powoli i nasze spojrzenia się spotykają.Moje pełne miłości i przerażenia. Jego smutku, winy, bóli i... miłości! Czyżby dawne wspomnienia i uczucia wróciły. Czyżby pamiętał już wszystko. Teraz nie mogę nad tym myśleć. Muszę go opatrzyć i zabrać do innych aby mu pomogli.
-Prze....Prze.... Przepraszam- mówi Jake jąkając się.
-Nie masz za co- mówię i zaczynam opatrywać mu najgorsze rany.Kiedy dotykam prawej kostki wydaję cichy jęk. 
-Przepraszam muszę ją opatrzyć- mówię łamiącym się głosem. Nie chcę aby cierpiał, ale muszę to zrobić. Gdy próbuje coś powiedzieć przytykam mu palec do ust- Ciii Będzie czas na rozmowy. Teraz oszczędzaj siły.- mówię. Kiedy unieruchamiam mu kostkę przygryza wargę aby nie krzyczeć. Po skończeniu opatrywaniu kostki Jake odzywa się:
- Kocham cię- te słowa sprawiają, że odrywam się od czyszczenia rany na piersi. Patrzę mu w oczy.  Żołądek ściska mi się a serce przyspiesza.  Te słowa "kocham cię" to muzyka dla moich uszu! Czyli pamięta.  On mnie kocha! Zresztą ja go też!!! Miłość jest silniejsza niż wszystko, miłość przetrwa wszystko!!! 
-Ja ciebie też- mówię i wracam do czyszczenia rany. Widzę, że Jake szybciej oddycha. Nie wiem czy to z powodu bólu czy z innego.- Dasz radę wstać?-pytam kończąc opatrywanie najgorszych ran.Kiwa głową i podnosi się. Jednak kiedy próbuje postawić krok chwieje się, a ja staję obok niego i biorę go pod siebie. Jego ramie opada na moje barki i szyję. 
-Dam rade-mówi ochrypłym głosem.
-Przestań. Jesteś rany. Nie masz tyle siły. Tyle razy ty ratowałeś mnie. Teraz moja kolej- mówię. Ustępuje niechętnie. Większość jego ciężaru spada na mnie.
                                      ***********************************
Dochodzimy powoli do miejsca gdzie rozdzielaliśmy się na grupki. Za każdym kiedy próbował sam iść wydawał cichy jęk i chwiał się. Jego kostka jest co najmniej skręcona. A mimo to i tak próbuje mnie obciążyć. Czuję, że jego mięśnie są napięte do granic możliwości.
-Co wy tu robicie?-pyta zdyszany Alex. Jego ubranie jest we krwi, ale on nie ma najmniejszej rany.- Dobra.Chodźcie już. Wszyscy są na zewnątrz. Wygraliśmy- mówi i bierze Jake'a z drugiej strony.
      Po drodze opowiadam mu o wszystkim, ale Jake się nie odzywa. Zresztą co mu się dziwić dużo się wydarzyło. Alex opowiada mi co się wydarzyło. Jest niewielu rannych. Valentaine jest schwytany, ale Alex twierdzi, że najłagodniejszą karą będzie stryczek. Zasłużył sobie na śmierć. Isabelle zginęła z rak jednego z naszych mrocznych. 
     Gdy dochodzimy do reszty mrocznych panuje tu harmider. Wszyscy rozmawiają a nie którzy opatrują innych. Dwóch mrocznych bierze Jake'a na nosze. Panika uchodzi ze mnie a  zastępuje ją ulga. Jake jest w dobrych rękach.  Teraz będzie dobrze. Teraz wyzdrowieje.
-Wera.... Weronika....Weronika- słyszę jak ktoś wymawia moje imię. Odwracam się i widzę Jake szamotającego się na noszach. Podbiegam do niego i uspokajam.
- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Jestem tu- mówię kojącym głosem.  Jake bierze moją dłoń i nasze palce się splatają. Czuję się jak dawniej. Mam ochotę przytulić go i wycałować, ale wiem, że sprawi mu to ból. Jest w złym stanie a my będziemy mieli czas na to. Jak poczuję się lepiej i wyzdrowieje będzie czas na wszystko!!!
                                                       *********************************
        Siedzę przy jego łóżku. Od paru dni leży u siebie w pokoju. Budzi się rzadko i na krótko. Nie dziwię się się musi wrócić do formy. Musi odzyskać siły.  Lekarze twierdzą, że stan poprawia się z dnia na dzień, ale nie wiedzą co z jego stanem psychicznym. Jego rany się dobrze goją. Ja także nie wiem co z  jego psychiką, ale najważniejsze, że jest bezpieczny. Valentaine już mu nie będzie zagrażał. Powiedzmy, że on...... jest w innym miejscu. Dostał karę taką jaką przewidział Alex.
   Nagle czuję, że coś ściska moją dłoń. Podnoszę wzrok z podłogi i patrzę na moją rękę ściskaną przez rękę Jake'a. 
-Widzę, że go znalazłaś. Nie sądziłem, że będziesz go nosić po tym wszystkim- mówi swoim dawnym głosem. Odruchowo dotykam naszyjnika od Jake'a.
-Dlaczego miałabym go nie nosić?-pytam- Zawsze go nosiłam i będę nosić- dodaję. W jego oczach widzę wstyd i miłość . Wstyd? Z jakiego powodu? 
- Nie sądziłem, że będziesz chciała mnie znać.- odzywa się po dłuższej chwili.
- Daj spokój. Nie winie cie- mówię.
-Przepraszam za wszystko. Nie zasługuję na ciebie- mówi. To ten sam chłopak. Te same włosy. Te same oczy. To samo ciało. Te same usta. Ten sam głos. 
- Zamknij się- mówię. Nie wytrzymuje. I siadam obok niego. Całuję go. Nie odpycha mnie tylko obejmuje i przenosi na swoje nogi. Całuje mnie tak jak dawniej Delikatnie i czule, namiętnie, ale nie nachalnie. Tak jak zawsze mnie całował. Z miłością!  Moje serce przyspiesza a w żołądku czuje motyle.
-Kocham cię- mówi i przestaję mnie całować. Wtulam się w jego pierś. Czuję bicie jego serca. Jego mięśnie pod cienką koszulą. Jego oddech. Jego ciepło ciała. 
-Też cię kocham- mówię nie odrywając od niego głowy od jego piersi.
-Pamiętasz co ci mówiłem przed tym jak... mnie zabili?- pyta po dłuższej chwili. Odchylam delikatnie głowę i kiwam nią.- Jestem dumny z ciebie. Wiedziałem, że dasz radę. Jesteś najlepsza. Nie zasługujesz na takiego chłopaka jak ja- mówi. Jego wargi zbliżają się do moich. Znów cię całujemy. Siadam na jego nogach i wplatam ręce w jego włosy. Jego ramiona wędrują po moich plecach i moim ciele. Czuję się jakbym zaraz miała się rozpłynąć. Zaczynam rozpinać jego koszulę.
- Wiesz jak to wszytko się stało?-pyta trzymając moje dłonie. 
- Nie, ale nie musisz mi mówić- mówię prawdę wolałabym wrócić do rozbierania go.
- Inkwizytor powiedział mi co zamierza Valentaine a potem wbił w pierś nóż. Czułem ból, a potem czyjeś ramiona oplatające mnie. Wiedziałem, że to twoje. Słyszałem twój płacz, ale nie mogłem się poruszyć. Słyszałem wszystko. Chciałem cię pocieszyć, ale nie mogłem wymówić słowa.Moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Potem dowiedziałem się, że to była trucizna od Valenatine'a która sprawiała, że człowiek wygląda jak martwy. Oczywiście wymazał mi pamięć. Myślałem, że od małego z nim mieszkałem a tą bliznę- pokazuje mi bliznę tuż nad sercem- mam od spotkania z tobą. Uwierzyłem w to wszystko....
-Omamił cię- przerywam mu. Wtulam się w jego ciało. Nadal trzyma moje dłonie.
- Ale kiedy cię zobaczyłem w zaułku pamieć zaczęła mi wracać. Nie daruje sobie, że cię skrzywdziłem-mówi dotykając blizny na moim czole. Zapomniałam o niej.
- Nie obwiniam cię. Nie jestem zła. I ty też nie masz się winić- mówię.- Wiem, że to nie byłeś ty. Wiem, że nie skrzywdziłbyś mnie-dodaję.
- Jesteś cudowna. Zawsze taka byłaś i jesteś. Za to i za wszytko inne cię kocham.-mówi z uśmiechem. Całuje mnie. Moje palce wędrują do guzików od koszuli. kiedy jestem przy 4 od góry wchodzi Zuza:
-Will się obudził po.....- przerywa widząc nas. Momentalnie schodzę i siadam obok mojego ukochanego na łóżku. - Chyba przeszkadzam- mówi podając mi synka. Biorę go.- Pa- dodaje i wychodzi z uśmiechem na ustach. Siedzę na łóżku a na rękach trzymam Williama.
-To mój syn?-pyta przez ramię Jake.
-Tak. William- mówię i odwracam się do niego aby widział swojego syna. Podaję mu go. Ostrożnie bierze go na ręce tak aby go nie skrzywdzić.
-Jest cudowny- mówi wpatrując się w syna.- Cześć synku. Tu tatuś. Przepraszam,że mnie nie było. Ale teraz nie zostawię ciebie ani mamy. Kocham cię-mówi cucho do Willa.
-On też cię kocha- mówię. Wreszcie jest dobrze. Bałam się, że zareaguje jak Dawid na początku, ale nie on od razu pokochał synka. Wreszcie jest dobrze. Lepiej niż dobrze. Jest idealnie! Mam sowich dwóch chłopców. Syna Willa i ukochanego Jake'a. Niczego więcej mi do szczęścia nie potrzeba.
 

                                           Epilog

            Jest czerwiec. Clary kończy dzisiaj 14 lat. W ogródku różanym w Instytucie odbywa się przyjęcie. Po tym jak Jake wyzdrowiał wyprowadziliśmy się do kraju  mrocznych.  Jake ma tam posiadłość na obrzeżach miasta i tam teraz mieszkamy. Mieszkamy tam razem, ale parę razy w roku przyjeżdżamy do Instytutu. Dzisiaj przyjechaliśmy na urodziny mojej chrześnicy.  Will bardzo lubi Clarisse. Ja myślę, że to coś więcej niż przyjacielskie uczucia, ale nie są rodziną, więc nie mam mu czego zabraniać. Clary jest piękna jak jej mama a William jest strasznie podobny do swojego taty. Uparł się aby mieć fryzurę na Jamie'ego Campbell'a Bowera. I muszę przyznać, że pasuję mu ta fryzura. Wygląda BOSKO . 
 Jake jak zawsze rozmawia z Alex'em i Dawidem który pilnuję mięsa na grillu. Agata rozmawia z Zuzą i Avie na ławce pod drzewem. 
         Teraz w moim życiu jest spokój nie licząc pracy mrocznej, ale nie ma tego co kiedyś. 
                      W moim sercu  jest spokój. Nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba. Mam wszystko czego potrzebuje. Mam tych których KOCHAM !!!!!!!!!!!!!!!!!!
  

wtorek, 1 kwietnia 2014

                        Rozdział .32. Poszukiwania

    -Dlaczego mi nie powiedziałeś?!-pyta zdenerwowany Jake. Stoi naprzeciwko Valentaine'a w jakimś ciemnym i nie przyjemnym pokoju.
-Nie wiedziałem. Po za tym ona napewno kłamie. To nie twój syn!-mówi spokojnie Valentaine. Lecz na twarzy widać, że zdenerwowała go cała ta sytuacja. - To nie twoja dziewczyna. Nie pamiętasz jak próbowała cię zabić a ja cię uratowałem- dodaje stojąc plecami do syna.
-Kłamiesz. Wiem, że kłamiesz. - krzyczy Jake- Pamiętam wszystko. Wszystko. Wiem, że to ty jesteś zły a nie ona- dodaje podchodząc do ojca.
-To niedobrze. Niedobrze- mówi cicho Valentaine bardziej do siebie niż do niego. Przez pewien czas patrzy przed siebie. Jake traci resztki kontroli i kiedy chcę nawrzeszczeć na ojca ten odzywa się:
- Niedobrze. Niedobrze- mówi do syna.
                                                       ************************
    -I co teraz???-pyta po dłuższym czasie Alex.  Alex nawet nie próbuje ukryć przerażenia i zmartwienia.Ja nadal patrze tam gdzie stał Jake. Był tak blisko a jednocześnie tak daleko. Avie wzrusza ramionami. 
-Musimy go odnaleźć- mówi Alex.
-Jest z Valentaine'em. Jego wybór- odzywa się wreszcie Avie. Mówi spokojnie, ale słyszę w jej głosie gniew i strach.
-Chyba jesteś ślepa- cedzi Alex- Nie widziałaś, że on nic nie pamięta, że Valentaine go jakoś kontroluje.-dodaje wyraźnie zdenerwowany.- Wera pomóż mi- zawraca się do mnie. Nie potrafię wykrztusić słowa. Jake. Jake żyje! Co miał na myśli Valentaine mówiąc " I teraz będzie cierpiał przez ciebie"?!?! Co on mu zrobi? Czyżby Jake coś sobie przypomniał? 
-Alex ma racje- odzywam się wreszcie. Staram się opanować,ale głos mi się łamie.- Jake nic nie pamiętał. Valentaine jakoś zabrał mu pamięć.Musimy go ratować- mówię. Te ostatnie słowa wypowiadam jąkając się. Czuję, że po policzku spływają mi łzy. Na marne próbuje je powstrzymać. Zdenerwowanie i przerażenie bierze nademną górę. 
-Avie proszę-mówię szeptem. Staram się nie okazywać strachu, ale łzy i łamiący się głos nie pomaga. Zapada długa cisza. Ona musi coś zrobić! Musimy uratować Jake'a!!!! Musimy!  Teraz kiedy wiem, że on żyje nie zostawię go w rękach Valentaine'a. Nie zostawię go z nim, bo nie wiadomo co mu zrobi. Nie pozwolę mu odjeść drugi raz!!! Nie stracę go znowu! 
-Dobrze. Przygotujemy się i pójdziemy do kryjówki Valentaine'a.- odzywa się wreszcie Avie..
-To wiecie gdzie on jest???-pyta Alex uprzedzając mnie.
-Tak. Mieliśmy go zaatakować za parę tygodni, ale teraz nadarza się dobra okazja. Mamy z nim do pogadania- odpowiada Avie.-Idźcie się szykować i widzimy się o 8 przy głównej bramie Instytutu.-dodaje. 
     Pośpiesznym krokiem wychodzę z biblioteki.
-Znajdziemy go- mówi Alex w korytarzu. Kładzie mi dłoń na ramieniu. Łzy już przestały mi cieknąć. Nie mogę płakać. Nie będę płakać!!! Nie czas na płacz. Musze być dobrej myśli. Jake żyje a ja go odnajdę!!!! Nie mogę się załamać. Nie teraz kiedy jest szansa na odzyskanie Jake'a!!! Zaraz,zaraz co z Williamem? Ktoś mu się nim zająć? Tylko kto?
      Idę z Alex'em do zbrojowni po broń. Alex bierze łuk, kołczan i parę noży. Zakładam strój bojowy. Jest wygodny i elastyczny.Ja biorę cały pas ostrych sztyletów. Biorę też noże.  Kiedy wychodzę z przebieralni i zmierzam ku wyjściu.
-Nie martw się. On jest silny i nie poda się tak łatwo. Przyprowadzimy go całego. A Williamem i Clarissą zajmą się Agata i Zuza.- mówi Alex zatrzymując mnie. Pierwszy raz powiedział William i Clarissa a nie Will i Clary. Jego ton też jest poważny i nawet jego wieczny uśmiech zniknął i zastąpił go poważny wyraz.
-Dziękuje- mówię neutralnym tonem. Nie mogę teraz okazywać słabości. Jake, który był martwym teraz okazuje się, że żyje.
                  Wychodzę ze zbrojowni i idę do swojego pokoju. Wchodzę do pokoju i zastaje Agę przewijającą Clarisse. Zuza kołyszę mojego synka na rękach.
-Nawet nie dziękuj- mówi przez ramie Aga.- To dla nas szczęście. - dodaje.
-Dobrze. Dziękuje- mówię z małym uśmiechem. Aga i Zuza patrzą się i uśmiechają. Podchodzę do Zuzy i odbieram Willa. Biorę go na ręce i przyciskam do piersi.
-Wszystko będzie dobrze. Mama idzie po tatę. Pamiętaj, że cię kochamy- szepcze do uszka synka. Nie wiem czemu to robię, ale chyba po prostu chciałam żeby William to wiedział gdybyśmy nie wrócili. Zdaję sobie z tego sprawę. Mam jednak nadzieję. Wkońcu to nadzieja umiera ostatnia!!! Zrobię wszystko, aby znowu być z Jake'iem. Nie pozwolę  mu znowu odejść. Nie stracę go znowu!!!
 Mam tylko nadzieje, że nie będzie za późno. Czuję, że Jake żyje. Wcześniej myślałam, że to tylko mój umysł, ale teraz wiem, że muszę słuchać serca, bo ono zawsze ma rację!  Nie wiem co mu zrobił Valentaine, ale wiem, że to nadal ten sam chłopak którego kocham! Może i nie będzie mnie pamiętał. Może i nic nie będzie pamiętał. Może nie będzie nas pamiętał. Ale to nie ważne. Ważne jest to, żeby on był cały i zdrowy!  
Nie zdałam sobie sprawy, że z nerwów chodzę w tą i spowrotem  kołysząc delikatnie Williamem.  Mały usnął. Na sobie dostrzegam wzrok dziewczyn. Ciekawe co sobie pomyślały. Może, że zamartwiam się o Jake'a. Może, że boje się, że on mnie nienawidzi. Może..... Nie czas na domysły. Nie teraz! Wkładam syna do łóżeczka. Obok stoi Aga usypiając Clary w wózku.
-On żyje i wróci- mówi do mnie Aga. Clarissa ma już trzy miesiące i na główce ma krótkie szatynowe włosy. Mała jest śliczna i napewno będzie piękna w przyszłości.
-To Jake. Nie podda się tak łatwo.- odzywa się Zuza siedząc na brzegu łóżka.
-Kocha cię. Wszystko będzie dobrze- dodaje Aga.  To słowo "kocha" sprawia, że serce mi szybciej bije i robi mi się goręcej. Czy to możliwe? Może Agata ma racje. Nie mogę się rozkleić. Nie mogę płakać.  Nie będę płakać. Nie będę!!! Muszę być silna!  Za parę minut wyruszasz po ukochanego. Nie możesz się teraz rozkleić! Powstrzymuje łzy kiedy dziewczyny mnie przytulają.
- Muszę iść. Zaopiekujcie się Williamem- mówię będąc przy drzwiach. 
- Do zobaczenia- mówi Aga. Patrzę przez ramie i posyłam im uśmiech. Nie mogę ich martwić, że mogę nie wrócić. Nie ma sensu. Ich chłopaki także idą.
                                          *************************
           Jesteśmy w jakimś tunelu. Jest wilgotno i ciemno. Gdzie nie gdzie chodzą małe gryzonie. To miejsce w sam raz nadaje się dla Valentaine'a. Ale nie dla Jake'a! Jak on tu wytrzymał?  Co się z nim teraz dzieje? Co robi? Czy myśli o mnie? Co oni mu robią??? Ciekawe czy kiedyś wróci mu pamięć? A może już wróciła. Gdyby mu wróciła to chyba tak po prostu nie stał by tam w bibliotece.
-Rozdzielamy się- mówi Avie wyrywając mnie z zamyślenia.Wszyscy się rozchodzą w grupki. Ja mam iść z Avie i paroma innymi mrocznymi głównym korytarzem. Gdy chcę iść za ostatnim mrocznym coś dochodzi do moich uszu. To cichy dźwięk. Znam go. To dźwięk kiedy bicz uderza o nagie ciało. Dochodzi z najciemniejszego i najmniejszego korytarza. Nikt nim nie poszedł.Może to dla tego, że jest bardzo wąski i niski, ale ja czuję, że powinnam tam pójść. Dźwięk znowu się rozlega. Nasłuchuje jakiegoś innego dźwięku. Krzyku, jęku czegokolwiek. Nic nie słyszę, ale i tak ruszam biegiem przez ten korytarz.Gdy po drodze zauważam na ziemi ślady krwi, świeżej krwi panika daje o sobie znaki. Nie zatrzymuje się jednak. Dzięki treningom umiem biegać bez głośnie, co teraz jest przydatne. Nagle przedemna wyrasta ciemna postać. Odskakuje do tyłu gdy stwór próbuje rozorać mnie pazurami. Momentalnie wyciągam nóż i rzucam się na bestię. Turlam się z nią po podłodze. Wkońcu wbijam potworowi nóż a ten z warczeniem upada na ziemię. Momentalnie wstaję i otrzepuje się. Stwór zaczyna mieć drgawki a potem zamienia się w kupkę pyłu. Czuję, że krew kapie mi z ramienia, Bestia przecięła mi pazurami ramię i poharatała bluzkę. Nie mam czasu na opatrywanie ran. Chowam nóż i ruszam biegiem korytarzem. Dobiegam do końca korytarza. Przedmną są drzwi. Znowu rozlega się ten dźwięk a potem cichy jęk.
- I co? Po co ci to było?Musiałeś się odezwać. Nie mogłeś siedzieć cicho?- mówi głos za drzwi. Poznaję go. Ogarnia mnie furia i gniew. To głos Simona.
-Nie-odpowiada mu inny głos. Wszędzie go poznam. Jake! Co on mu robi?
- No i teraz widzisz jak na tym wyszłeś. Teraz muszę cię....- nie dokańcza. Rozlega się świst i cichy jęk. Bez chwili zastanowienia otwieram drzwi kopniakiem.
                                              ****************************
           Mam nadzieję, że się podobało. To przed ostatni rozdział!!! Jeszcze tylko jeden a potem epilog i koniec. No cóż nie wiem kiedy wstawię następny rozdział. Nie zabardzo mi wolno siedzieć na komputerze. Mam karę, ale jakoś dam radę. Postaram się dać go w czwartek. 
         Czekam na komentarze :D

niedziela, 30 marca 2014

                       Rozdział. 31. O co tu chodzi??? 

         - Nie !!! Proszę!!!- krzyczę. Momentalnie siadam prosto na łóżku. Jestem cała spocona ze strachu i przerażenia. To tylko sen. Tylko sen. Ale zaraz gdzie William? Pośpiesznie wstaje z łóżka i podchodzę do łóżeczka. Uspokajam się kiedy widzę spokojnie śpiącego Willa. Oddycha spokojnie. Nic nie wskazuje na to by coś mu groziło. Na szczęście. Wracam do łóżka i siadam na nim oddychając z ulgą. To tylko sen. Przypomina mi się coś. Podciągam koszule nocną i w miejscu tam gdzie w śnie wbito mi nóż jest rana. Świeża rana. Zrobiona jakiś dzień może dwa dni temu. Dopiero co się sklepia. To już drugi raz kiedy mam ranę po tym co się działo w śnie. Tylko jak to możliwe? Na szczęście nie dotyczy to Willa. Ściągam koszule i kładę się. Dlaczego przyśnił mi się Simon??? Co miał na myśli, że William nie powinien się urodzić? Przecież to mój syn. Normalny niemowlak. To znaczy mroczny, ale jest taki sam jak każdy niemowlak. Co miał na myśli mówiąc "To nie tylko dziecko" ??? Co tym razem chcę mi przekazać podświadomość? Chyba to, że muszę uważać na Williama. Nie dałabym sobie gdybym i jego straciła. Nie pogodziłabym się z jego stratą. Skoro to był sen to dlaczego czułam się jakby to wszystko było prawdziwe. Czułam te wszystkie emocje. Ten cały ból. To nie był mój mózg to była prawda!  Czuję bolesne kłucie w sercu. Coś mi świta. Pamiętam, że wzięłam syna do swojego łóżka po karmieniu. Więc dlaczego śpi teraz u siebie. Może odłożyłam go. Nie pamiętam kiedy zasnęłam i od czego zaczął się mój sen.  Moja podświadomość wariuje!! Nie mówiąc o głowie i sercu!!! Nadal mam wrażenie, że Jake żyje! Jedno jest pewne muszę strzec mojego syna!!!
                                             *************************************
                  Chodzę po sklepach w galerii. Avie uparła się,że zajmie się moim synkiem a ja mam się odstresować i odprężyć. Nie chętnie się zgodziłam. Nie dla tego, że chciałam nowych ciuchów. Po prostu chciałam odetknąć i pomyśleć o wszystkim. Wychodzę z sklepu z dwiema torebkami. W jednej mam rzeczy dla małego a w drugiej coś dla Clarissy.  Idę chodnikiem w złóż głównej ulicy. Moją uwagę przykuwa blond chłopak jakieś parę metrów ode mnie.  Jest bardzo podobny do Jake'a. Niestety, ale nie widzę jego twarzy, bo ma kaptur. Przez kaptur wysuwają mu się na twarz blond kosmyki włosów. Nagle nasze spojrzenia się spotykają. On uśmiecha się (przynajmniej tak mi się wydaję) i rusza w wąską ścieżkę.  Bez zastanowienia ruszam biegiem za nim. Muszę wiedzieć czy to on?! Muszę!!!
    Kiedy jestem z zaułku nie dostrzegam blond włosego chłopaka. Jestem tylko ja i mój przyśpieszony oddech. Wchodzę w głąb zaułka i rozglądam się. Nigdzie nie widać żywej duszy. Musiało mi się.....
Nagle coś spada z góry i zwala mnie z nóg. Upadam na mokrą ziemię a głowę rozcinam o kant śmietnika.Z zaskoczenia upuszczam torby. Postać jednym szybkim ruchem podnosi mnie nie zwracając na jęki. Przygniata mnie do muru. Jedne jego ramię jest przy mojej szyi a drugie trzyma ostry nóż. Nóż który mają mroczni !
-Kto cię nasłał???-pyta ze złością blond chłopak.- Kto???- Powtarza wyraźnie zniecierpliwiony. Wszędzie poznam ten głos!!! Jakimś cudem podnoszę jedną rękę i szybkim ruchem ściągam kaptur z jego głowy. Serce mi staje.
-Co do cholery?!- odzywa się zdezorientowany JAKE. To naprawdę on. Czyli to prawda on żyję.
-Jake...-mówię łamiącym się głosem. Nie wierzę, że to on- Jake..-powtarzam. Jego ramię puszcza mnie. Nogami staję na ziemi. Gardło mnie boli od jego ramienia, a serce wali mi jak po maratonie.
-Skąd znasz moje imię?-pyta łagodniejszym tonem.
-Jake to ja-mówię i sięgam dłonią do jego policzka- To ja Weronika. Twoja Weronika-mówię głaszcząc go po policzku. Wydaję się zdezorientowany. Nagle zabiera moją dłoń z jego policzka. Trzyma ją swoja silną dłonią i patrzy na nią. Czuję się tak jakby cały świat zniknął i byliśmy tylko my dwoje. Dwoje!
Nagle on puszcza moją rękę. Obraca się na pięcie i wybiega z zaułka. Zdezorientowana chcę za nim pobiec, ale nie potrafię. Osuwam się na ziemie i przyciągam kolana do siebie. Co to miało być? Jake żyje!!! On naprawdę żyje! Ja nie wierzę. Cały czas myślałam, że go straciłam a on żył i miał się dobrze. Tylko dlaczego tak się odzywał? To nie był ton którym zwykle mówił. Nawet jak był zły nie mówił tak. Tak obojętnie. Jakby nic nie czuł. Czy to możliwe?? Czy on już nic do mnie nie czuje? Nie to nie możliwe. Ale coś się stało. Zachowywał się tak jakby stracił pamięć. Może stracił pamięć? Wyglądał jakby mnie nie pamiętał. Może faktycznie mnie nie pamiętał. Ale co się takiego wydarzyło? Przecież widziałam jego martwe ciało w trumnie. Trzymałam je kiedy umierał na placu. Czy to wszystko było uknute??? Jak tak to przez kogo??? I po co???
                                          *******************************************
                  -Wera obudź się-mówi Agata kojącym głosem. Delikatnie szturcha mnie w ramie. Otwieram oczy i orientuję się, że nie jestem w zaułku tylko w swoim pokoju w Instytucie.
-Co się stało?-pytam ochrypłym głosem. W głowię mi się kręci.
-Znaleźliśmy cię w zaułku razem z Avie. Zemdlałaś ze zmęczenia-odpowiada Aga. Powoli siadam na łóżku. Zawroty głowy słabną, ale nadal świat wiruje.
-Jake widziałam go. On żyje-mówię szeptem tak jakby to było coś złego a nie świetnego.
-Musiało ci się przyśnić kiedy zemdlałaś- mówi Aga. Ale ja wiem swoje. Wiem, że to nie był sen. Jake był prawdziwy. Naprawdę czułam jego. Trzymałam dłoń na jego poliku a potem on moją w swojej dłoni a potem.... potem uciekł jakby coś go wystraszyło. Ale to nie ważne. Ważne jest to, że żyje!!!
-Masz rację-odpowiadam wbrew sobie. Wole ich nie martwić. Ale wiem swoje i nie spocznę nim nie odnajdę go!!!
Po paru minutach do pokoju wchodzi Avie z moim synkiem na rękach. Uspokajam się na widok śpiącego Williama. Wkłada go ostrożnie do łóżeczka.
-Jak się czujesz?-pyta z troską siadając na brzegu łóżka.
-Dobrze tylko głowa mnie boli-odpowiadam. Dotykam głowy zimną ręką. Wyczuwam po prawej stronie czoła opatrunek a pod nim szwy.
- Uderzyłaś głową kiedy zemdlałaś.-mówi Avie. Ja wiem swoje. Ta rana nie jest od zemdlenia tylko od tego jak upadałam kiedy Jake pojawił się z nieba jak anioł. To upewnia mnie mocniej, że to nie był sen tylko realna rzeczywistość. Czemu wszyscy twierdzą, że zemdlałam ?! Może i zemdlałam,ale na pewno po tym jak zobaczyłam żywego Jake'a a nie wcześniej!!! Tylko co się stało, że tak nagle uciekł? Miałam wrażenie, że za chwilę się pocałujemy a tu on nagle uciekł. Miałam nadzieje, że sobie przypomniał, ale to chyba nie było to. Tylko co w takim razie???Wole im nie mówić, bo znowu zwalą winę na zmęczenie. Wole to zachować dla siebie i na własną rękę dowiedzieć się gdzie jest Jake i co się z nim dzieje.
-Avie ktoś na ciebie czeka-mówi zdyszany Alex. Czyżby biegł przez całą drogę. Nagle przypomina mi się scena ze snu. Jak Alex mówi, że Avie wszystkich woła. Tylko, że teraz nie chodzi o mnie tylko o Avie. Po jego minie widzę, że jestem przestraszony i zaskoczony.
-Kto??-pyta zdziwiona Avie.
-Choć to się przekonasz-mówi. Avie niechętnie wstaje i wychodzi za Alex'em. Kto przyszedł nieproszony do Instytutu? I dlaczego Alex wyglądał na przestraszonego???
-Idź zostanę z Willem-odzywa się Aga przerywając ciszę.
-A co z Clarissą??-pytam. Najchętniej wybiegłabym od razu za Avie.
-Śpi w wózku-mówi pokazując na wózek przy łóżeczku Williama.- Idź-mówi. Wstaję i dopiero teraz orientuję się, że jestem w swoich ciuchach a nie w todze.
 Jestem już przy drzwiach kiedy Aga się odzywa :
-Dziękuje za ciuszki dla Clarissy
- Nie ma za co- odpowiadam i wychodzę z pokoju.
                                  ************************************
Przy drzwiach biblioteki oglądam się za siebie. Nie wiem czemu chyba chciałam sprawdzić czy nie ma gdzieś Simona. Na szczęście nie ma go! Chwytam za klamkę i słyszę czyjąś kłótnie.
-Oddaj nam dziecko a odejdziemy-mówi Valentaine. Zaraz Valentaine!? Co on tu robi?
-To dziecko. Nie oddamy ci go, bo ty tak chcesz-mówi Avie. Słyszę, że traci cierpliwość.
-To będziemy musieli wziąć go siłą.-mówi Valentaine. Tego jest za wiele. Otwieram drzwi i wchodzę do środka. Wygląda to tak jakby dwa gangi miały się pobić. Po jednej stronie Avie, Alex i paru innych mrocznym a po drugiej Valentaine, .... Simon? Tak to on. Patrzy na Alex'a z tym swoim uśmieszkiem. Czy on jest gejem??? Na jego widok i Valentiane'a wzbiera w mnie gniew. Jest jeszcze jedna postać. Chłopak o blond włosach wysuwających się z kaptura. Podchodzę do Avie.
-Witaj Weroniko. Miło cię widzieć- mówi spokojnie Valentaine. Ten jego spokój sprawia, że gniew się nasila.
-Witaj. Powiedziałabym, że mnie także miło cię widzieć, ale nie lubię kłamać- odcinam mu się.Jestem dumna, że głos się nie załamał tylko był obojętny. To ten Valentine. Ojciec mojego ukochanego. Ojciec który nie raczył przyjść na pogrzeb syna.
-Po co ty tutaj przychodzisz?-pytam suchym tonem.
-Po wnuka-odpowiada spokojnie. Gniew się we mnie gotuje.
- Chyba sobie pomarzysz. Nie zobaczysz go nawet.-mówię.
- Ojcze nie mówiłeś, że Simon albo Isabelle maja dzieci-odzywa się chłopak w kapturze. Ściąga kaptur, ale ja i bez tego bym go rozpoznała. Wszędzie poznam ten głos. JAKE. Zerkam na Avie i Alex'a. Oboje są zaskoczeni i przestraszeni. Lecz różnica jest taka, że Avie szybko nad tym zapanowuje.
- To nie ich dziecko. To twoje dziecko Jake. Ty jesteś ojcem .Masz syna-mówię nim Valentaine zdąży coś powiedzieć.
-Pamiętam cię- zwraca się Jake do mnie. Chcę do niego podejść, ale Valentaine staje mi na drodze
-Jesteś... ja ...cię- jąka się. Valentaine nachyla się do mnie.
- I teraz będzie cierpiał przez ciebie-szepcze mi do ucha. Chcę coś powiedzieć, ale on już znika z Simonem i moim Jake'iem. Stoję jak wryta. Co on miał namyśli??? Odwracam się. Wypuszczam powietrze z świstem. Nawet nie zdałam sobie sprawy, że je wstrzymywałam. Na twarzy Avie maluje się przerażenie, ale nie wiem czy to z powody Valentaine'a czy Jake'a.  Na twarzy Alex'a maluje się natomiast smutek, strach ale i szczęście. Nie wiem z jakiego powodu!.
-Mówiłam, że on żyje-odzywam się przerywając nie zręczną ciszę.
                                           *************************************
          Mówiłam abyście dali mi czas do jutra. I co nie uśmierciłam dziecka! Wiem, wiem nie spodziewaliście się powrotu Jake'a, ale cóż taki miałam pomysł. Mam nadzieję, że przypadł do gustu :P
 Czekam na komentarze.

sobota, 29 marca 2014

                      Rozdział .30. Narodziny 

               Chodzę w tą i we tą po pokoju. Od paru godzin brzuch strasznie mnie boli. Przecież do rozwiązania jeszcze 2 miesiące. To za wcześnie!!! On jest za mały!  Ból staję się silniejszy siadam na łóżku i zginam się w pół. Czuję jakby ktoś rozrywał mi brzuch i grzebał w nim. Cały czas narasta a ja czuję, że już długo nie wytrzymam.
-Wera co się dzieję?-pyta zdyszana Avie. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że krzyczałam z bólu. Teraz nie potrafię wykrztusić słowa.
-Alex biegnij po lekarza. Powiedz, że zaczęło się- zwraca się do Alex'a. Ten bez słowa wybiega. Co się zaczęło??? Przecież on nie da rady. To dopiero 7 miesiąc. Jeszcze za wcześnie. Strach i panika dają o sobie znaki.
-Wszystko będzie dobrze. Oddychaj- mówi kojącym głosem Avie. Głaszcze mnie po plecach. Nie potrafię wykrztusić słowa. Ból jest straszny, ale o wiele gorszy jest strach, że mały nie przeżyje. Przecież on jest za mały. On nie da rady. Nie.... nie możesz tak myśleć.
-Przecież to nie czas- wykrztuszam te słowa z wielkim trudem i dysząc. Nie potrafię się wyprostować. Ból nie daje mi spokoju.
-Spokojnie- mówi. Spokojnie?!?! Jak mam być spokojna!?! Przecież mój syn może nie dać rady. Jak ja mam być spokojna?!?! On jest za mały! Mój synek. On może nie przeżyć. Nie... nie myśl tak. On jest silny da radę! 
                                           ******************************
         -Przyj!!!- krzyczy lekarz. Trwa to już 6 godzin i tracę wszystkie siły- Przyj!!!- powtarza.
-No przecież prę!!!- krzyczę na niego. Nie potrafię się opanować. Ból jest taki silny. Czuję jakby ktoś grzebał w moim brzuchu i nie mógł znaleźć tego co chce.
-Przyj!!!-powtarza. Prę z całej siły!!!!! 
-Już dobrze oddychaj mamy go-mówi lekarz. Słyszę płacz. Płacz dziecka. Małego dziecka. 
-Gratulacje to panie synek- mówi po chwili lekarz i podaję mi malucha zawiniętego w kocyk. Biorę małego na swoje ramiona. To najpiękniejsze co widziałam. Mój piękny, mały synek. Jego cera jest taka jak Jake'a, ale oczy ma po mnie. Są zielone jak wiosenna trawa.Jest podobny do swojego taty. Bardzo!
-Kto jest ojcem?-pyta pielęgniarka trzymając jakiś arkusz.
-Jake Blake-odpowiadam bez wahania. Nie chcę mówić,że nie wiem, bo wiem. Chcę żeby  mały wiedziałam kto jest jego tatą i jaki on był.
-A jak się nazywa?-pyta dalej pielęgniarka.
-William- odpowiadam bez wahania. Wiem, że Jake ma tak na drugie i, że bardzo lubi to imię. Spodobało mi się to imię i czuję,że dzięki temu będę miała Jake'a bliżej. Pielęgniarka patrzy chwilę na mnie a potem odchodzi bez słowa. Zostaję sama na wielkiej sali po porodowej.  Jestem zmęczona jak nigdy, ale też szczęśliwa. Mam przy sobie swojego synka. Nie obchodzi mnie co ludzie będą mówić. Nie obchodzi mnie, że mam dopiero 17 lat. Liczy się to, że mam mojego synka. Mojego Williama. Przytulam go bliżej siebie i kołyszę delikatnie. Mały uśmiecha się do mnie i zamyka oczy.  Jego małe serduszko bije tuż przy moim ciele. Kołyszę małym. To chyba ten instynkt matczyny.
-Gratulacje- mówią razem Avie, Alex, Zuza, Dawid i Agata z małą Clarissą.
-Ciii- mówię po cichu z uśmiechem. - Nie chcę go obudzić.- dodaję cichszym głosem.
 Moje serce choć połamane teraz się skleja dla Williama. Teraz jestem pewna, że podjęłam dobrą decyzję. Dobrze zrobiłam nie poddając się. Nie wyobrażam sobie żebym zostawiła mojego syna. Nie wyobrażam sobie abym go straciła.
- Chciałabym abyś ty Avie i Alex zostali chrzestnymi.- mówię ciszonym głosem, ale z uśmiechem. Choć jestem zmęczona to nie potrafię przestać się uśmiechać.
-Ja??-pyta cicho Avie.
-Tak- odpowiadam. - Chcesz potrzymać?-pytam po chwili. Kiwa głową i wyciąga ręce. Delikatnie podaję jej mojego śpiącego syna. Wszyscy zbliżają się do Avie i patrzą na śpiącego niemowlaka.
-Słodziak-mówi Avie.
-Będzię wyrywał panienki jak jego tata-mówi Alex i zerka na mnie. Ja jednak nie przestaję się uśmiechać. Pomyślał pewnie,że to co powiedział mogło mnie załamać, ale ja jakoś sobie radze i takie coś na pewno mnie nie załamie. Nie zapomnę o tacie mojego synka!   Nie potrafiłabym zapomnieć!!! Nie potrafiłabym zapomnieć o moim Jake'u!!!
                                              ***********************************
             Budzi mnie płacz Williama. Ma już 2 miesiące i muszę wstawać co najmniej 2 razy w nocy aby go karmić. Nie jestem zła, ale zmęczona. W dodatku od narodzin Williama śnią mi się koszmary. Nie raz ten sam sen z Jake'iem a nie raz całkowicie inne. Ostatnio śniło mi się, że tańczyłam z Jake'iem w sali balowej a potem on nagle wbił mi nóż w pierś i wyszeptał do ucha już nie jako on tylko Valentaine " Musisz umrzeć".  Dzięki synowi zwykle budzę się przed najgorszym. Kiedy jednak sen dochodzi do najgorszych momentów sama się budzę przerażona. Powiedziałam o tym Avie a ona twierdzi, że to od porodu i zmęczenia. Że nie długo wszystko się ułoży. Tylko, że minęły dwa miesiące a nic się nie zmieniło. Nie mówiąc, że moje serce nadal upiera się, że Jake żyje! 
       Wyjmuję małego z łóżeczka i zanoszę na łóżko. Przyzwyczaiłam się do karmienia piersią i nie sprawia mi to jakiegoś zakłopotania. To w końcu mój syn. Mój brzuch zrobił się płaski tak jak kiedyś, ale zostały mi.... jędrniejszy biust.  
  Mały piję jak zawsze chętnie i łapczywie. Na główce pojawiają się krótkie blond włoski jak u taty. Kiedy mały kończy pić nie odnoszę go do łóżka tylko kładę przy sobie na swoim łóżku. William szybko zasypia. Patrzę na niego i nie mogę uwierzyć, że to mój syn. Mój syn. te słowa są jak najsłodszy cukierek. Przykładam palca do jego tyciej dłoni a on odruchowo ją zaciska i trzyma mocno. Sprawia mi to przyjemność. Jego malutka dłoń spoczywa na moim paluszku. To jest słodziutkie jak małe dzieci mają taki odruchy.
          Po paru godzinach budzi mnie pukanie do drzwi. Ostrożnie schodzę z łóżka nie chcąc obudzić małego. Przekręcam gałkę i widzę Alex'a. Jest rozbudzony, ale dostrzegam  w nim coś dziwnego czego nie potrafię nazwać.
-Coś się stało?-pytam. Widzę po jego minie, że coś się stało. Wykrzywia usta w uśmieszek którego jeszcze nigdy nie widziałam. Nie u niego! Nie mogę sobie przypomnieć u kogo widziałam ten uśmieszek.
-Avie chce nas widzieć-odpowiada neutralnym tonem. Wydaję mi się nieznajomy.
-A co ....- zaczynam
-Masz wziąć Willa z sobą-przerywa mi. Nie chętnie wracam do łóżka i podnoszę delikatnie Willa nie chce go obudzić. Czuję na sobie wzrok Alex'a. Coś mi nie pasuje, ale nie wiem co. Kiedy dochodzę do niego bez słowa rusza przed siebie a ja podążam krok za nim. 
   Przy bibliotece zatrzymuje się a ja dochodzę do niego. Chcę otworzyć drzwi kiedy ktoś szarpie mnie i odwraca w drugą stronę. Podnoszę głowę choć kręci mi się od obrotu. Nigdzie nie ma Alex'a przede mną stoi.......Simon z tym swoim uśmieszkiem. Teraz już wiem kogo to był uśmiech. Nie Alex'a tylko Simona.Ale jak on się tu dostał? Chcę krzyczeć,ale przygniata mnie do ściany. Rękę trzyma na mojej szyi.  Z szoku o mało co nie upuściłam Williama, ale udało mi się go utrzymać. Ból przeszywa moje plecy, ale nie mogę krzyczeć ponieważ Simon za mocno ściska mnie za szyję. Nagle Simon wyrywa mi mojego syna z rąk. Próbuje jakoś odebrać mu mojego syna, ale nie mam tyle siły.
-Więc, to jest synek mojego brata- mówi z wrednym uśmieszkiem Simon.- Ładny. Szkoda go bedzie- dodaje ironicznym tonem.
-Nie waż się go skrzywdzić- mówię z odrazą w głosie. Niestety jego ręka na mojej szyi nie ułatwia mi mówienia. Uśmiecha się do mnie. ten uśmiech sprawia, że wzbiera się we mnie gniew.
-Wy głupiutka dziewczynko- zaczyna ironicznie- Ty nie wiesz kim jest to niemowlę. Kim będzie-mówi- Nie wiesz, że on nie powinien się narodzić, ale skoro już do tego doszło...-robi przerwę. Tak szybko puszcza moją szyję i tą samą ręką wbija nóż w mój brzuch, że nie zdążam zareagować. Osuwam się na ziemię i przyciskam jedną rękę do krwawiącej rany. Czuję straszny ból i krew na mojej dłoni.
-Teraz będziesz musiała patrzeć jak on umiera- mówi z udawanym smutkiem.
-Niech mu jeden włos z głowy spadnie a przysięgam, że znajdę cię i zabiję- mówię, ale mój głos się łamie.
-A co ty możesz mi zrobić- mówi drwiąco. Przykłada nóż do szyi Williama
-Nie! Proszę!!!-mówię błagalnym tonem- To tylko dziecko!! Proszę!!!- mówię, ale głos mi się łamie.
-To nie tylko dziecko- mówi i jednym szybkim ruchem podcina gardło mojemu synkowi.
-Nie!!!!!!- krzyczę. Twarz zalewa mi się łzami. Simon puszcza Williama jak lalkę. Upada na podłogę. Naokoło jego ciałka robi się kałuża. Na kolanach z jedną ręką przy ranie doczłapuje się do Willa. Zaczynam szlochać. Mój synek!! Mój Syn! Mój William!!! 
-Ty morderco-mówię z odrazą i gniewem w głosie. 
-Mój synek. Mój Synek- powtarzam non stop głaskając go po zimnej martwej główce. Łzy zasłaniają mi pole widzenia. Widzę tylko małe rozmazane ciało a wokół niego pełno krwi. Teraz to już nie mam wyjścia. Już nie mam po co spełniać obietnicy złożonej Jake'owi. Zresztą nie dam rady, bo za chwilę wykrwawię się na śmierć. Ból staję się silniejszy, ale nie on jest najgorszy tylko ten w sercu.  Zaczynam kaszleć krwią. Zaczynam się nią dusić. Przed oczami widzę plamy a potem tylko ciemność!!!
                                 *************************************
         Wiem, wiem, ale poczekajcie do jutra. Zobaczycie co..... Oj nie będę nic mówić. 
Czekam na komentarze i do jutra!!!! :D

piątek, 28 marca 2014

                       Rozdział .29. Sen

       Chodzę po ogródku różanym. Minęły kolejne 4 miesiące. Jest wiosna choć dla mnie to lato. Mamy początek czerwca. W ogrodzie różne pięknie kwitną.  Ogród pięknieje w oczach.   To tutaj pół roku temu Jake został pochowany. Jestem teraz w szóstym miesiącu z moim... naszym synem. Od kiedy się dowiedziałam o ciąży nawet nie przyszło mi do głowy, aby spróbować odebrać sobie życie. Nie mogłabym. Nie osierociłabym dziecka. Wiem co by czuło jakby mnie nie było. Myślałoby, że go nie kochałam, że nie było dla mnie ważne. Że nie chciałam go. A to wszystko nie prawda. Choć mały jeszcze się nie narodził ja już go kocham. Nie wyobrażam sobie abym mogła się zabić. Siebie i małego. Teraz mam osobę dla której muszę żyć. Będę mamą. Będę miała cudownego bobasa. I tak muszę myśleć. Będę go bronić przez cały czas. Nie pozwolę żeby choć jeden włos spadł z jego głowy. Oddam za niego życie!!! 
                                                    ***********************
               Wchodzę do pokoju i kładę się na łóżku. Jestem padnięta choć to był tylko spacer. Ciąża potrafi wymęczyć człowieka. Kładę głowę na poduszce i zamykam oczy. 
           Jestem w szklarni. Ubrana w piękną złotą sukienkę. Spaceruje po niej i napawam się widokiem roślin, Tak tu pięknie. Nie byłam tutaj od śmierci Jake'a. Nic się nie zmieniło. Te same rośliny choć wydają się piękniejsze. Ten sam widok na suficie. Niebo z gwiazdami. I te same schody.  Nagle z góry schodów schodzi chłopak. Jest elegancko ubrany jak dżentelmen dawnych lat. Kiedy staje na ziemi tuż przy schodach i podnosi głowę serce zaczyna mi walić jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej i skoczyć do jasnowłosego anioła. 
-Jake to ty?-pyta szeptem ostrożnie zbliżając się do chłopaka. Ten szeroko uśmiecha się, ale nie odzywa. Podchodzę bliżej. Jeszcze krok a będę przy nim. Teraz dokładnie widzę, że to mój Jake!!!
-To ja-odzywa się kiedy stoję tuż przy nim. 
-Przecież zginąłeś-mówię choć mam ochotę wycałować go-widziałam jak umierasz- szepcze. Jego wargi są tuż przy moich. Już czuje jak muska nimi moje usta, gdy nagle znika on i cała szklarnia. Jestem w lesie. Ubrana nie w złocistą sukienkę tylko w czarne spodnie i top. Są one podarte i całe w ciepłej i klejącej się mazi. Kiedy dotykam jej czuje,że jest ciepła. To krew! ale nie ludzka. Rozglądam się do okoła i widzę martwe ciała jakiś stworzeń. Nagle przy jednym z ciał zauważam złotowłosego chłopaka. Wyciąga nóż i wyprostowuje się chowając broń na pas. Uśmiecha się do mnie i odgarnia blond włosy do tyłu. Chcę do niego podbiec, ale on jest szybszy i pojawia się tuż przede-mną.
-Jake-mówię łamiącym się głosem. Tak za nim tęskniłam. Nawet nie wie co ja bez niego przeszłam- Przecież ty umarłeś. Widziałam jak umierasz-mówię. Nie odpowiada tylko przyciąga mnie do siebie. Czuję jego usta na swoich. Czuję smak soli, popiołu i krwi. Całuje mnie tak delikatnie, ale i namiętnie i czule. Po paru minutach odsuwa się delikatnie, ale nadal trzyma mnie w ramionach. Chcę mu powiedzieć co czułam co czuje. Jak tęskniłam. Jak go kocham. Co przeżyłam bez niego. Chcę mu powiedzieć, że będzie ojcem. Że musi ze mną wrócić do Instytutu. Że wszyscy tęsknią. Spoglądam na swój brzuch i widzę, że nie jest "okrągły" tylko płaski.
- Nie wszystko co oczy widzą jest prawdą- szepcze mi do ucha Jake.  Nagle już nie jestem w jego objęciach. Stoję na placu. Wszędzie jest mnóstwo twarzy których nie znam.  Przeciskam się przez tłum słysząc krzyki. Kiedy staje w pierwszym rzędzie. Na środku placu klęczy przy ciele dziewczyny mężczyzna w długim płaszczu. Podchodzę bliżej, ale nikt na mnie nie zwraca uwagi. Zupełnie jakbym była niewidzialna. Wszyscy patrzą na środek placu z minami zachwytu, ulgi, rozbawienia i radości. Podchodzę bliżej mężczyzny i patrzę na ciało. Mężczyzna wyciąga nóż w brzucha kobiety i odchodzi nawet na mnie nie patrząc. Patrzę na martwe ciało ciężarnej dziewczyny. Kiedy wiatr odsuwa włosy z twarzy dziewczyny serce mi staje. Tą dziewczyną jestem ja. Ale jak to możliwe?! Przecież .... Spoglądam w dół mojego martwego ciała. Z brzucha sączy się krew. Nagle widzę, że jakiś blondyn w kapturze klęczy przy moim ciele i bierze je na ręce płacząc. Kiedy spada mu kaptur widzę twarz Jake'a całą od łez. Chcę do niego podbiec,ale coś mnie zatrzymuje. Czuję niewyobrażalny ból tak jakby coś paliło mnie od środka!
-Ona musiała umrzeć!!!!-krzyczy mężczyzna unosząc głowę do góry. Ten mężczyzna do Valentaine!!!!!!!!!!!
                   Budzi mnie własny krzyk. Siadam prosto na łóżku i staram się opanować . To tylko sen. To był tylko sen. Nic nie jest dziecku. Dotykam swojego brzucha czuję kopnięcie, więc trochę się uspokajam. O co chodziło z tym snem??? Dlaczego Jake powiedział " Nie wszystko co widzą oczy jest prawdą". O co chodziło? I dlaczego miałam zginąć będąc jeszcze w ciąży? Co takiego zrobiło dziecko? To wszystko nie ma sensu. To był tylko sen, tylko czemu miałam wrażenie, że to prawda. Podciągam koszule rękawa, bo coś mnie tam piecze. Przeżywam szok jest na niej ślad, bo wbiciu czegoś ostrego tylko niby czego? Nagle przypominam sobie kiedy w lesie Jake mnie całował nie poczułam, że coś wbija mi się w rękę. Dopiero teraz to do mnie dociera. To był jego nóż wystający z paska. Ale przecież to był sen? To niemożliwe? Tak? Musiałam się gdzieś zranić podczas snu.  Tylko dla czego mam dziwne wrażenie, że to była prawda. Coś mi mówi, że Jake żyje!!! Tylko, że to niemożliwe. Więc dlaczego moje serce twierdzi, że on nadal chodzi po tym świecie!  Ale jak to możliwe, że on przeżył ? Przecież trzymałam jego ciało na rękach i wiem, że było martwe. Moje hormony świrują. Tylko wolałabym aby strasznie mnie bolały plecy czy coś w tym stylu niż aby śnił mi się Jake. Za bardzo tęsknie. Za bardzo go kocham. Jeszcze jedno pytanie na które nie zdobędę wyjaśnienia. Skoro to był sen to dlaczego byłam wszystkiego świadoma? Dlaczego czułam, że to prawda?
                                             ************************************
           Podczas śniadania nie mogę się skupić na rozmowie Avie z Alex'em i Zuzą. Cały czas mam w głowie ten sen. I te pytania. Te słowa Jake " Nie wszystko co oczy widzą jest prawdą" i Valentaine " Ona musiała umrzeć".
-Słuchałaś mnie Weroniko?-pyta Avie wyrywając mnie z zamyśleń na temat snu.
-Nie-odpowiadam speszona szczerze.
-Muwiłam, że powinniśmy zacząć kupować rzeczy dla dziecka- mówi spokojnie Avie. Chyba jej nie zdenerwowałam. Albo nie chcę się ze mną kłócić, bo jestem w ciąży.
-Dobrze.Gdzie jest Agata?-pytam rozglądając się. Nigdzie nie widzę jej ani jej chłopaka. Alex wzrusza ramionami. Zuza także.
-Nie widziałam ich od wczoraj-odzywa się Avie. Może źle się czuję? W końcu już prawie nadszedł czas.
-Zaczęło się!!!-krzyczy zdyszany Dawid w drzwiach. Momentalnie wstaje od stołu.
-To na co czekamy. Chodźmy-mówię i wychodzę za Dawidem. Nie oglądam się czy reszta idzie za mną.
               Pod drzwiami sali spotykam spanikowanego Dawida.
-Wszystko będzie dobrze-mówię i klepie go po ramieniu. Widzę, że cały się trzęsie. Dziwne, bo to nie on tam rodzi. Choć nie wiem sama też się denerwuje. 
-Uspokój się i usiądź, bo odpłyniesz-mówię. Dawid siada na krześle tuż przy drzwiach. Staram się opanować jego panikę. Choć trudno mi powstrzymać śmiech. Dawid zawsze poważny i odważny teraz panikuje jak małe dziecko.
                 Po paru godzinach czekania pod salą wszyscy zaczynają się niecierpliwić. Alex rozmawia szeptem z Zuzą. Avie stoi przy ścianie i obgryza paznokcie. Dawid chodzi w tą i z powrotem a ja siedzę na krześle. Wiem, że nie mogę się denerwować, bo zaszkodzę synowi, ale ciężko jest się nie denerwować kedy twoja przyjaciółka rodzi już od 4 godzin i nie wiadomo co z nimi.
-Gratulacje ma pan córeczkę- składa gratulacje lekarz Dawidowi. Ten odpręża się delikatnie. Bez słowa wchodzi za lekarzem do sali.
-Dajmy im chwilę-mówi Alex. Siadam z powrotem na miejsce. Więc mają córeczkę. Tak się cieszę ich szczęściem. Agata pewnie jest teraz najszczęśliwsza na świecie.
-Nie wytrzymam dłużej. Idę- odzywa się po paru nastu minutach Avie. Wchodzi do sali a ja za nią. 
Na łóżku widzę Agatę widocznie zmęczoną. Ale uśmiecha się od ucha do ucha i patrzy na małe dziecko na rękach Dawida. Na nasz widok przenosi wzrok na nas i uśmiecha się. Dawid nawet nie zerknął tak jest zafascynowany swoją córeczką.
-Gratulacje dla świeżo upieczonych rodziców-mówię stając przy łóżku. Reszta także składa życzenia.
- Wybraliście imię?-pyta Zuza.
- Clarissa-odzywa się Dawid. Oddaje małą mamie i patrzy na nas. Jest cały rozpromieniony . Panika znikła tak szybko.
-Kto będzie chrzestnymi?-pyta nagle Alex.
-Chcieliśmy abyś to był ty i Weronika-mówi Aga kołysząc małą.
-Zgadzacie się?-pyta Dawid.
-Tak-mówię. Nic więcej  nie potrafię powiedzieć. Jestem zaskoczona. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę chrzestną. Mam 17 lat i jestem po bierzmowaniu, więc mogę, ale nie spodziewałam się, że Agata i Dawid mnie wybiorą.
-Mogę potrzymać chrześniaczkę?-pyta Alex. Agata podaje mu swoją córeczkę.- Jest śliczna-mówi Zuza patrząc na Calrissę obok  Alex'a.
-Wera chcesz potrzymać?-pyta po chwili Alex. Kiwam głową. Podaje mi małą dziewczynę. Delikatnie biorę ją na ręcę. Jest taka mała, że boję się, że ją skrzywdzę.
-Jest słodka jak cukierek-mówię. Patrząc na małą. Ma jasną cerę i piwne oczy. Jest śliczna.
-W przyszłości będzie piękna jak jej mama-mówi Avie. Patrzy na małą przez moje ramię. 
-Okej, bo jeszcze mi ją zabierzesz- żartuje Agata. Oddaję córeczkę mamusi.
- Nie martw się jeszcze trochę i będziesz miała swoje-mówi Avie.
- No dobrze dajmy jej odpocząć- odzywa się lekarz. 
                                              ******************************
            Zamykam drzwi swojego pokoju i siadam na łóżku. Czuję kopanie w brzuchu.
-Jeszcze trochę synku. Jeszcze nie czas- mówię pieszczotliwie.Chyba matczyny instynkt się włączył. Mały wciąż kopie. Dotykam naszyjnika od Jake'a.  Czuję ulgę, ale i ból w sercu. Czuję, że on jest na tym świecie. Że jest gdzieś nie daleko. Tak za nim tęsknię. Kocham go i  nie potrafię o nim zapomnieć nawet jakbym bardzo chciała. Nie potrafię. Moje serce choć popękane teraz powoli się zrasta. Czuję,że Jake nie umarł. Że on żyje !!!!!
                                          ******************************
     Mam nadzieję, że się podobał. Przepraszam za błędy. Naprawdę czekam na wsze opinie.:D

czwartek, 27 marca 2014

                Rozdział .28. Zaskakująca wiadomość

                Minęły 2 miesiące od..... śmierci  Jake'a. Obiecałam mu przed śmiercią, że się nie poddam, ale ciężko jest mi tego dotrzymać. Próbowałam się zabić, ale znalazł mnie Alex. Od tego czasu jestem cały czas na oku. Nie potrafię bez niego żyć. On był całym moim sercem. Całym moim światem, a teraz moje serce jest puste.
     Wchodząc do jego pokoju zalewa mnie fala wspomnień. Jak rozmawialiśmy i śmialiśmy się. Jak się godziliśmy. Jak siedziałam na jego kolanach przed przyjazdem Inkwizytora. Pamiętam co mu obiecałam, ale cholernie ciężko jest spełnić tą obietnicę. Te wszystkie wspomnienia sprawiają, że znowu łzy ciekną po moich policzkach. Kładę się na jego łóżku i zamykam oczy. Przypominam sobie jak mnie całował, dotykał. Tęsknie za tym. Nie daje mi to spokoju. Po pewnym czasie wstaje i idę do jego biurka. Otwieram szafeczkę.Czuję, że coś mnie do niej ciągnie. Cały czas myślę, że on zaraz tu wejdzie. Że będzie się śmiał. Ale to nie możliwe! Otwieram szafeczkę i widzę tam małe pudełeczko.
" Dla mojej ukochanej" pisze na niej. Wyjmuje z pudełka naszyjnik. Jest w kształcie pół serce z wyrytym napisem " I lov...". Pewnie drugą część ma Jake. No miał. Zapinam go na szyi i czuję lekką ulgę. Ten naszyjnik przypomina mi uczucia do Jake'a. Tęsknie za nim. Nie będę go ściągać tak jak bransoletkę i naszyjnik.
      Kiedy wychodzę z pokoju zaczyna mi się kręcić w głowie. Opieram się o ścianę i osuwam się na ziemię. Świat wiruje a ja nie potrafię się podnieść.
-Wszystko w porządku?-pyta mnie Alex klęcząc przy mnie.
-Tak- wysilam się aby powiedzieć trzy litery. Próbuje wstać, ale tylko mi się pogarsza.
-Okej idziemy do lekarza.-mówi i bierze mnie pod ramię. Próbuje się skupić, ale obraz mi się rozmywa. Czuję napięte mięśnie Alex'a. Czy aż tak się o mnie martwi?
                       ***************************
       Leżę na łóżku w szpitalu. Na tym samym gdzie leżałam kiedy pierwszy raz przybyłam do Instytutu. To tutaj Jake przy mnie siedział a potem obejmował i pocieszał. Znowu czuje bolesne kucie w serce. Wszędzie w moich wspomnieniach jest Jake. Każda część mojego ciała prosi aby do niego dołączyć, ale jest coś co mi nie pozwala. Mam nadzieje, że lekarz powie mi, że niedługo umrę. To by było najlepsze.
-Witam. Jak się pani czuje?-pyta lekarz stając przy łóżku.
-W porządku-odpowiadam. Choć wolałabym powiedzieć, że coś mnie boli i żeby dał mi leki. Dzięki którym mogłabym popełnić samobójstwo i dołączyć do Jake'a.
- Mam dla pani wiadomość-mówi spokojnie. Mam nadzieje, że powie mi, że umieram czy coś w tym stylu.
-Słucham- mówię suchym tonem.
- Jest pani w ciąży-mówi. Te słowa sprawiają, że serce wali jak szalone. Ręce mi się trzęsą. W głowie czuje szum.-Gratulacje-dodaje i kładzie mi na łóżko jakieś zdjęcia.
- To drugi miesiąc-mówi i odchodzi od łóżka i wychodzi z sali. Zostaje sama. Jak to w ciąży? Jakim cudem? Zara w drugim miesiącu czyli to dziecko Jake'a. A zresztą kogo mogłoby być jak nie jego!!! Ale to nie tak miało być. Miałam pierw wyjść za mąż a dopiero potem zajść w ciążę. I nie w wieku 17 lat!!! Przecież to nienormalne. Ja nie dam sobie rady. Nie bez mojego ukochanego. Jak to ma niby wyglądać? Samotna matka w dodatku siedemnastolatka. Co to to nie!!! Ja nie potrafię. Nie ma mowy o dziecku!
  Podnoszę zdjęcia, które zostawił na łóżku. Są to zdjęcia USG. Mojego dziecka. Łzy same mi płyną po policzkach. Nie będę potrafiła się zabić. Nie kiedy jestem w ciąży! Nie mogłabym.
- Gratulacje-mówią chórem Alex, Zuza, Dawid i Agata. Stają przy łóżku a Aga siada obok  na krześle.
-Nie będę sama-mówi z uśmiechem.
-Ale ja nie chcę.... nie dam rady-mówię przez łzy.
-Dasz a wszyscy ci pomożemy- mówi Alex i siada na brzegu łóżka.
-Nie potrafię.....  nie bez Jake'a-mówię. Głos mi się łamie.
- Wiem, że ci ciężko. Jake był, jest ważny dla każdego z nas. Ale masz dla kogo żyć-mówi spokojnie Alex. Najgorsze jest to, że ma racje. Teraz mam powód aby żyć. Będę mamą!!! Nie mogę teraz umrzeć. Nie teraz ani po porodzie. Nie potrafiłabym zostawić dziecka. Wiem co by czuło!  Nie potrafiłabym zabić dziecka. Ono przecież nic nie zrobiło.
-Nikt cię nie zostawi-odzywa się Dawid.
-Im nas więcej tym lepiej- żartuje Agata i kładzie dłoń na swoim brzuchu. Uśmiecha się do mnie a ja wysilam się na to samo.
- I tak ma być- mówi Alex uśmiechając się.Nie możesz się załamywać- dodaje po chwili.- Nie wiem co mam myśleć. On ma racje.Chciałam umrzeć, ale teraz coś w środku mnie mówi mi, że muszę żyć. Marzyłam aby zostać matką, ale nie w tym wieku. Jednak jest coś we mnie co sprawia, że się cieszę. Teraz mam jak spełnić obietnicę Jake'a. Muszę ją spełnić. Musze spróbować.
-Gratulacje dla przyszłej mamy-mówi Avie w drzwiach.- Zostawcie nas samych-mówi zbliżając się do mnie. Nie protestuje. Reszta niechętnie wstaje i wychodzi z sali.
-Posłuchaj przepraszam-mówi Avie stojąc przy łóżku.
-Za co?-pytam
-Za wszystko. Ja wiem, że mnie nienawidzisz, ale wysłuchaj mnie- odpowiada.
-Okej, ale usiądź-mówię  klepiąc miejsce przy moich nogach na łóżku.
-Wiem, że źle zrobiłam, ale musiałam- zaczyna- Prosiłam, błagałam wręcz żądałam aby uwolnił Jake'a.  Jednak on twierdzi, że był świadek który zeznał a jego zeznania były sprzeczne z zeznaniami Jake'a.  Więc uznał, że Jake kłamie- bierze głęboki wdech- nie mogło mi to dać spokoju.  Więc po szpiegowałam i dowiedziałam się kto nim jest- mówi. Pierwszy raz słyszę w jej tonie zdenerwowanie.
-Kto?-pytam zniecierpliwiona 
-Simon-te słowa dobijają mnie. Czy on aż tak go nienawidził? Przecież był jego bratem. Czy aż tak zależało mu na zemście? Jak on mógł???
- Chciałam, żebyś wiedziała- dodaje- Szukamy go, ale Valentaine zniknął z wszystkimi. Jak tylko ich znajdziemy powiadomimy cię-  dodaje.
-Dziękuje- mówię. Przytulam ją. 
-Za co to?- pyta zaskoczona
- Za wszystko co robisz.-odpowiadam.  Nie chcę być na nią zła. Potrzebuje ją. Jest dla mnie jak ciotka której nigdy nie miałam! Po tym co powiedziała wiem, że zależało jej na Jake'u jak na własnym synu.
                                                  *****************************
        Przepraszam, że tak późno,ale nie miałam zbytnio czasu. Mam nadzieje, że się podobał.  Czekam na komentarze!!!!

środa, 26 marca 2014

                          Rozdział .27. Kara

                        Chodzę w tą i w tamtą. Moja panika i przerażenie wzrasta. Co się tam dzieje? Dlaczego nie wypuścił Jake'a??? Dlaczego nic nie mówił? Czyżby mu nie uwierzył ?
 W końcu moje emocje biorą górę. Otwieram drzwi i wślizguje się do środka. Avie kłóci się z Haroldem. Chyb mnie nie zauważyli, bo nawet nie zaprzestali kłótni. W kącie zauważam krzesło a na  nim chłopaka. Serce mi staje do Jake. Ma spuszczoną głowę i związane ręce, a z nadgarstków kapie krew. Twarz ma bladą. Podbiegam do niego i klękam przy jego nogach. Nie patrzy na mnie. Biorę jego związane dłonie. 
-Co się dzieje? O co chodzi?-pytam. Jestem przerażona.   Co teraz ? Co teraz?  Jake podnosi wzrok. W jego oczach widzę smutek i ból, ale nie ma strachu. Nie można tego powiedzieć o mnie. Ręce mi się trzęsą i serce wali jak po maratonie. Przyciąga moje ręce do swojego serca tak, że czuje jego bicie. Podnoszę się i siadam mu na kolana. Patrzy mi prosto w oczy.
-Co się stało?-pytam łamiącym się głosem.
-Nie uwierzył mi-mówi po cichu. Nie wierzę w to co mówi. Jak to mu nie wierzy? Co teraz? Nie to musi być sen. Obejmuje jego szyje i przytulam się mocno. Podnosi moją głowę. Jego ręce są na moich polikach. Jego wargi dotykają moich. Pocałunek jest delikatny, ale i namiętny i czuły. 
Nagle ktoś odciąga mnie od niego i odrzuca. Upadam z takim impetem, że braknie mi tchu. Inkwizytor stoi przy Jake'u i szarpie go żeby wstał. Podnoszę się z trudem. Rzucam się biegiem w ich stronę.
-Nie.  Nie może pan!!!!! Niby za co ???? On jest niewinny-krzyczę. Wtedy Avie łapie mnie za ramiona i zatrzymuje. Gniew się we mnie zbiera razem z smutkiem i przerażeniem.
-Puść mnie!!!-wrzeszczę.- Co się z nim stanie?-krzyczę
- Zostanie ukarany.-odpowiada Harold. Ciągnie go do drzwi. Mam ochotę skoczyć mu do gardła i zabić gołymi rękoma. Niestety, ale Avie  trzyma mnie tak mocno, że nie ma szans.
-Jest pan skończonym idiotą- wrzeszczę na niego. Dostrzegam ostatnie spojrzenie Jake'a. Mówi "Przepraszam". Kiedy drzwi się zamykają i Inkwizytor znika z moim ukochanym Avie rozluźnia ręce. Uwalniam się i staje na przeciwko niej.
-Jak kara?-pytam. Ją także mam ochotę zabić. To przez z nią.
- Śmierć-odpowiada bez namiętnym tonem Avie. Nie wierzę, że może to tak spokojnie mówić. 
Wybiegam momentalnie z biblioteki i biegnę przed siebie. Nie wierze!!! Nie wierze!!! To nie może być prawda. Nie może.... Oni nie mogą..... go zabić!!! Biegnę przed siebie a łzy zasłaniają mi pole widzenia. Biegnę na oślep. Nie wiem jakim cudem, ale dobiegam na duży plac. Jest tam grupka ludzi w płaszczach. Stoją blisko siebie. Rozpoznaje jednego z nich. To Harold. Trzyma w dłoni miecz i celuje go w serce złotowłosego chłopaka. Kiedy grupka rozchodzi się trochę na boki widzę kim jest ten chłopak. To Jake. Rzucam się biegiem przez grupkę.
-Nie!! Proszę!!! Nie!!!!-krzyczę błagalnych tonem. Kiedy jestem blisko Jake'a dwaj mężczyźni zatrzymują się.
-Puście mnie kretyny-wrzeszczę- Nie proszę pana!!!! Proszę nie....-krzyczę.
-Popatrz jak twój kochaś umiera-mówi do mnie jeden z mężczyzn z złowieszczym uśmiechem.
-Nie!!! Proszę niech .....-błagam a wtedy Inkwizytor szybkim ruchem wbija ostrze w serce Jake'a. Następnie wyciąga nóż i odchodzi z szyderczym uśmiechem na twarzy. Łzy ciekną mi szybciej. Dwaj mężczyźni puszczają się a ja podbiegam i upadam na kolana przy twarzy Jake'a.  Biorę jego twarz na swoje kolana.
-Jake proszę nie zostawiaj mnie-mówię a łzy kapią na jego twarz. Splata palce z moimi. Wykrzywia usta w uśmiech.Głaszczę jego policzki. Staram się nie krzyczeć, ale nie potrafię.
-Kocham cię-mówi ledwie słyszalnym tonem a potem zamyka oczy. 
-Jake!? Jake!?-krzyczę załamana. Jego serce przestało bić. Na klatce powstaję coraz większa plama krwi. Nie to musi być sen!!! On nie może umrzeć!!!! Przytulam go do siebie.
-Kocham cię-szepcze do jego ucha. 
-Wy suki. Szmaty to wy powinniście umrzeć a nie on-wrzeszczę. Nawet nie próbuje pohamować złości. Ich uśmiechy i śmiechy dolewają oliwy do ognia- Jak możecie się cieszyć jesteście najgorsi. Powinniście zginąć w piekle- krzyczę.- A ty....- zwracam się z goryczą i rozpaczą do Inkwizytora- Jesteś najgorszy. Jesteś gorszy od najgorszego demona. Zapłacisz mi za to- Nadal trzymam bezwładne ciało Jake'a.  Jest teraz zimne. W ogóle nie przypomina ciała Jake'a. Jego zawsze było ciepłe a teraz.... jest zimne. Zaczynam kołysać jego ciałem jak kołysze się dzieci kiedy nie mogą spać. Dlaczego??? Dlaczego on???? Zaczynam szlochać.  Patrzę na jego ciało. Jest takie blade. Nie może!! On nie może....!!! Umrzeć!!!!
                               ***************************
     Budzę się w swoim pokoju. Wczoraj po pewnym czasie przybiegła większość z Instytutu, ale ja nie pamiętam co było dalej, bo zemdlałam.  Nie mam ochoty żyć!!! Nie bez Jake'a.!!! Co ja zrobię? Co ja mam zrobić ze swoim życiem? Teraz nie mam już nikogo. Nikogo. Najpierw rodzice potem przyjaciółka a teraz jeszcze ukochany. Nie mam już dla kogo żyć. Moje serce popękało na milion kawałków a ja nie mam dla kogo ich zbierać i sklejać. Nie mam już nikogo!!! Chcę umrzeć. Umrzeć!!!!Ostatnia osoba którą kochałam.... Umarła.
-Jak się czujesz?-pyta Avie wchodząc do pokoju. Przewracam się na drugi bok tak, że leże do niej plecami.-Rozumiem. Chciałam ci przekazać, że pogrzeb jest o 11-mówi Avie. Po co ona mi to mówi? Nie wiem czy dam radę pójść na pogrzeb. Nie mam teraz już z kim rozmawiać. Nikt nie umiał mnie pocieszyć prócz Jake'a a go już nie ma. Nikt nie umie mnie pocieszyć.
     Po pewnym czasie Avie wychodzi z pokoju i znowu zostaje sama. Co mi pasuje. Jeżeli nie ma mojego Jake'a to nie chcę z nikim rozmawiać. Teraz nie ma już nikogo. Nie mam ani jednego powodu aby żyć. Obiecałam jednak, że nie podam się. Obiecałam to Jake'owi. Tylko nie wiem czy będę potrafiła spełnić obietnicę.
                         ****************************
 Wychodzę z pokoju ubrana w prostą czarną suknie. Pogrzeb ma być na dworze w ogrodzie różanym.
     Na pogrzebie zauważam Alex'a, Zuzę, Dawida i Agę stojących obok siebie. Nie potrafię jednak do nich podejść. Nie chcę pocieszania, bo to nic nie da. Na przodzie stoi Avie i pary innych mrocznych. Po raz pierwszy widzę na jej twarzy smutek i to, że łzy jej ciekną. Chyba wszyscy płaczą razem za mną. Chyba wylałam już morze łez i nie mam zamiaru przestawać. W trumnie po środku zbiegowiska leży Jake. Mój Jake!!! Ten sam którego kocham.
Przez cała ceremonie stoję z boku i słucham, ale bardziej chyba patrzę na trumnę. Nie wierzę, że to wszystko się dzieje naprawdę. Nigdzie nie dostrzegam Valentaine'a. Taki mi ojciec. Nie przyjdzie nawet na pogrzeb własnego syna.
- Teraz proszę panę Weronikę o parę słów- wyrywa mnie z zamyślenia kapłan. Kiwam głową, ale on nalega, więc idę w stronę podium.
- Jake był najlepsza osobą jaką znam-zaczynam-  Był odważny, szczery, opiekuńczy. Zrobiłby wszystko dla bliskich. Był idealny. -głos mi się łamię. Czuję na sobie spojrzenia wszystkich.- Kochałam go i zawsze będę kochać. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Nie zapomnę o tobie ukochany-mówię. Łzy ciekną mi po policzkach. Schodzę z podium i wracam na miejsce. Gdy schodzę zerkam na niego w trumnie. Wygląda tak spokojnie. Mam nadzieje, że jest szczęśliwy tam gdzie teraz jest. Staję na swoim miejscu i czekam aż to wszystko się skończy. Nie potrafię powstrzymać łez.
    Kiedy ceremonia się kończy większość idzie do jadalnie na stypę, ale ja nie mam ochoty. Wracam do pokoju i zamykam drzwi. Kładę się na łóżku. Chciałabym obudzić się obok Jake'a tak jak ostatnio. Dlaczego??? Nie potrafię sobie tego wyjaśnić. Wiem, że Bóg wystawia nas na próbę, ale dlaczego Jake? Czy nie dość osób już straciłam? Czy nie mogłam być trochę szczęśliwa? Wszystko znowu się zawaliło. Kochałam go, Kocham i Będę KOCHAĆ !!!!
                                     **************************
     Wiem smutne, ale to nie koniec opowieści !!!  Jutro może pojawić się następny rozdział. Czekam na wasze opinie. Nie bądźcie źli. To nie koniec mojej historii mam jeszcze trochę pomysłów :D