Rozdział. 31. O co tu chodzi???
- Nie !!! Proszę!!!- krzyczę. Momentalnie siadam prosto na łóżku. Jestem cała spocona ze strachu i przerażenia. To tylko sen. Tylko sen. Ale zaraz gdzie William? Pośpiesznie wstaje z łóżka i podchodzę do łóżeczka. Uspokajam się kiedy widzę spokojnie śpiącego Willa. Oddycha spokojnie. Nic nie wskazuje na to by coś mu groziło. Na szczęście. Wracam do łóżka i siadam na nim oddychając z ulgą. To tylko sen. Przypomina mi się coś. Podciągam koszule nocną i w miejscu tam gdzie w śnie wbito mi nóż jest rana. Świeża rana. Zrobiona jakiś dzień może dwa dni temu. Dopiero co się sklepia. To już drugi raz kiedy mam ranę po tym co się działo w śnie. Tylko jak to możliwe? Na szczęście nie dotyczy to Willa. Ściągam koszule i kładę się. Dlaczego przyśnił mi się Simon??? Co miał na myśli, że William nie powinien się urodzić? Przecież to mój syn. Normalny niemowlak. To znaczy mroczny, ale jest taki sam jak każdy niemowlak. Co miał na myśli mówiąc "To nie tylko dziecko" ??? Co tym razem chcę mi przekazać podświadomość? Chyba to, że muszę uważać na Williama. Nie dałabym sobie gdybym i jego straciła. Nie pogodziłabym się z jego stratą. Skoro to był sen to dlaczego czułam się jakby to wszystko było prawdziwe. Czułam te wszystkie emocje. Ten cały ból. To nie był mój mózg to była prawda! Czuję bolesne kłucie w sercu. Coś mi świta. Pamiętam, że wzięłam syna do swojego łóżka po karmieniu. Więc dlaczego śpi teraz u siebie. Może odłożyłam go. Nie pamiętam kiedy zasnęłam i od czego zaczął się mój sen. Moja podświadomość wariuje!! Nie mówiąc o głowie i sercu!!! Nadal mam wrażenie, że Jake żyje! Jedno jest pewne muszę strzec mojego syna!!!*************************************
Chodzę po sklepach w galerii. Avie uparła się,że zajmie się moim synkiem a ja mam się odstresować i odprężyć. Nie chętnie się zgodziłam. Nie dla tego, że chciałam nowych ciuchów. Po prostu chciałam odetknąć i pomyśleć o wszystkim. Wychodzę z sklepu z dwiema torebkami. W jednej mam rzeczy dla małego a w drugiej coś dla Clarissy. Idę chodnikiem w złóż głównej ulicy. Moją uwagę przykuwa blond chłopak jakieś parę metrów ode mnie. Jest bardzo podobny do Jake'a. Niestety, ale nie widzę jego twarzy, bo ma kaptur. Przez kaptur wysuwają mu się na twarz blond kosmyki włosów. Nagle nasze spojrzenia się spotykają. On uśmiecha się (przynajmniej tak mi się wydaję) i rusza w wąską ścieżkę. Bez zastanowienia ruszam biegiem za nim. Muszę wiedzieć czy to on?! Muszę!!!
Kiedy jestem z zaułku nie dostrzegam blond włosego chłopaka. Jestem tylko ja i mój przyśpieszony oddech. Wchodzę w głąb zaułka i rozglądam się. Nigdzie nie widać żywej duszy. Musiało mi się.....
Nagle coś spada z góry i zwala mnie z nóg. Upadam na mokrą ziemię a głowę rozcinam o kant śmietnika.Z zaskoczenia upuszczam torby. Postać jednym szybkim ruchem podnosi mnie nie zwracając na jęki. Przygniata mnie do muru. Jedne jego ramię jest przy mojej szyi a drugie trzyma ostry nóż. Nóż który mają mroczni !
-Kto cię nasłał???-pyta ze złością blond chłopak.- Kto???- Powtarza wyraźnie zniecierpliwiony. Wszędzie poznam ten głos!!! Jakimś cudem podnoszę jedną rękę i szybkim ruchem ściągam kaptur z jego głowy. Serce mi staje.
-Co do cholery?!- odzywa się zdezorientowany JAKE. To naprawdę on. Czyli to prawda on żyję.
-Jake...-mówię łamiącym się głosem. Nie wierzę, że to on- Jake..-powtarzam. Jego ramię puszcza mnie. Nogami staję na ziemi. Gardło mnie boli od jego ramienia, a serce wali mi jak po maratonie.
-Skąd znasz moje imię?-pyta łagodniejszym tonem.
-Jake to ja-mówię i sięgam dłonią do jego policzka- To ja Weronika. Twoja Weronika-mówię głaszcząc go po policzku. Wydaję się zdezorientowany. Nagle zabiera moją dłoń z jego policzka. Trzyma ją swoja silną dłonią i patrzy na nią. Czuję się tak jakby cały świat zniknął i byliśmy tylko my dwoje. Dwoje!
Nagle on puszcza moją rękę. Obraca się na pięcie i wybiega z zaułka. Zdezorientowana chcę za nim pobiec, ale nie potrafię. Osuwam się na ziemie i przyciągam kolana do siebie. Co to miało być? Jake żyje!!! On naprawdę żyje! Ja nie wierzę. Cały czas myślałam, że go straciłam a on żył i miał się dobrze. Tylko dlaczego tak się odzywał? To nie był ton którym zwykle mówił. Nawet jak był zły nie mówił tak. Tak obojętnie. Jakby nic nie czuł. Czy to możliwe?? Czy on już nic do mnie nie czuje? Nie to nie możliwe. Ale coś się stało. Zachowywał się tak jakby stracił pamięć. Może stracił pamięć? Wyglądał jakby mnie nie pamiętał. Może faktycznie mnie nie pamiętał. Ale co się takiego wydarzyło? Przecież widziałam jego martwe ciało w trumnie. Trzymałam je kiedy umierał na placu. Czy to wszystko było uknute??? Jak tak to przez kogo??? I po co???
*******************************************
-Wera obudź się-mówi Agata kojącym głosem. Delikatnie szturcha mnie w ramie. Otwieram oczy i orientuję się, że nie jestem w zaułku tylko w swoim pokoju w Instytucie.
-Co się stało?-pytam ochrypłym głosem. W głowię mi się kręci.
-Znaleźliśmy cię w zaułku razem z Avie. Zemdlałaś ze zmęczenia-odpowiada Aga. Powoli siadam na łóżku. Zawroty głowy słabną, ale nadal świat wiruje.
-Jake widziałam go. On żyje-mówię szeptem tak jakby to było coś złego a nie świetnego.
-Musiało ci się przyśnić kiedy zemdlałaś- mówi Aga. Ale ja wiem swoje. Wiem, że to nie był sen. Jake był prawdziwy. Naprawdę czułam jego. Trzymałam dłoń na jego poliku a potem on moją w swojej dłoni a potem.... potem uciekł jakby coś go wystraszyło. Ale to nie ważne. Ważne jest to, że żyje!!!
-Masz rację-odpowiadam wbrew sobie. Wole ich nie martwić. Ale wiem swoje i nie spocznę nim nie odnajdę go!!!
Po paru minutach do pokoju wchodzi Avie z moim synkiem na rękach. Uspokajam się na widok śpiącego Williama. Wkłada go ostrożnie do łóżeczka.
-Jak się czujesz?-pyta z troską siadając na brzegu łóżka.
-Dobrze tylko głowa mnie boli-odpowiadam. Dotykam głowy zimną ręką. Wyczuwam po prawej stronie czoła opatrunek a pod nim szwy.
- Uderzyłaś głową kiedy zemdlałaś.-mówi Avie. Ja wiem swoje. Ta rana nie jest od zemdlenia tylko od tego jak upadałam kiedy Jake pojawił się z nieba jak anioł. To upewnia mnie mocniej, że to nie był sen tylko realna rzeczywistość. Czemu wszyscy twierdzą, że zemdlałam ?! Może i zemdlałam,ale na pewno po tym jak zobaczyłam żywego Jake'a a nie wcześniej!!! Tylko co się stało, że tak nagle uciekł? Miałam wrażenie, że za chwilę się pocałujemy a tu on nagle uciekł. Miałam nadzieje, że sobie przypomniał, ale to chyba nie było to. Tylko co w takim razie???Wole im nie mówić, bo znowu zwalą winę na zmęczenie. Wole to zachować dla siebie i na własną rękę dowiedzieć się gdzie jest Jake i co się z nim dzieje.
-Avie ktoś na ciebie czeka-mówi zdyszany Alex. Czyżby biegł przez całą drogę. Nagle przypomina mi się scena ze snu. Jak Alex mówi, że Avie wszystkich woła. Tylko, że teraz nie chodzi o mnie tylko o Avie. Po jego minie widzę, że jestem przestraszony i zaskoczony.
-Kto??-pyta zdziwiona Avie.
-Choć to się przekonasz-mówi. Avie niechętnie wstaje i wychodzi za Alex'em. Kto przyszedł nieproszony do Instytutu? I dlaczego Alex wyglądał na przestraszonego???
-Idź zostanę z Willem-odzywa się Aga przerywając ciszę.
-A co z Clarissą??-pytam. Najchętniej wybiegłabym od razu za Avie.
-Śpi w wózku-mówi pokazując na wózek przy łóżeczku Williama.- Idź-mówi. Wstaję i dopiero teraz orientuję się, że jestem w swoich ciuchach a nie w todze.
Jestem już przy drzwiach kiedy Aga się odzywa :
-Dziękuje za ciuszki dla Clarissy
- Nie ma za co- odpowiadam i wychodzę z pokoju.
************************************
Przy drzwiach biblioteki oglądam się za siebie. Nie wiem czemu chyba chciałam sprawdzić czy nie ma gdzieś Simona. Na szczęście nie ma go! Chwytam za klamkę i słyszę czyjąś kłótnie.
-Oddaj nam dziecko a odejdziemy-mówi Valentaine. Zaraz Valentaine!? Co on tu robi?
-To dziecko. Nie oddamy ci go, bo ty tak chcesz-mówi Avie. Słyszę, że traci cierpliwość.
-To będziemy musieli wziąć go siłą.-mówi Valentaine. Tego jest za wiele. Otwieram drzwi i wchodzę do środka. Wygląda to tak jakby dwa gangi miały się pobić. Po jednej stronie Avie, Alex i paru innych mrocznym a po drugiej Valentaine, .... Simon? Tak to on. Patrzy na Alex'a z tym swoim uśmieszkiem. Czy on jest gejem??? Na jego widok i Valentiane'a wzbiera w mnie gniew. Jest jeszcze jedna postać. Chłopak o blond włosach wysuwających się z kaptura. Podchodzę do Avie.
-Witaj Weroniko. Miło cię widzieć- mówi spokojnie Valentaine. Ten jego spokój sprawia, że gniew się nasila.
-Witaj. Powiedziałabym, że mnie także miło cię widzieć, ale nie lubię kłamać- odcinam mu się.Jestem dumna, że głos się nie załamał tylko był obojętny. To ten Valentine. Ojciec mojego ukochanego. Ojciec który nie raczył przyjść na pogrzeb syna.
-Po co ty tutaj przychodzisz?-pytam suchym tonem.
-Po wnuka-odpowiada spokojnie. Gniew się we mnie gotuje.
- Chyba sobie pomarzysz. Nie zobaczysz go nawet.-mówię.
- Ojcze nie mówiłeś, że Simon albo Isabelle maja dzieci-odzywa się chłopak w kapturze. Ściąga kaptur, ale ja i bez tego bym go rozpoznała. Wszędzie poznam ten głos. JAKE. Zerkam na Avie i Alex'a. Oboje są zaskoczeni i przestraszeni. Lecz różnica jest taka, że Avie szybko nad tym zapanowuje.
- To nie ich dziecko. To twoje dziecko Jake. Ty jesteś ojcem .Masz syna-mówię nim Valentaine zdąży coś powiedzieć.
-Pamiętam cię- zwraca się Jake do mnie. Chcę do niego podejść, ale Valentaine staje mi na drodze
-Jesteś... ja ...cię- jąka się. Valentaine nachyla się do mnie.
- I teraz będzie cierpiał przez ciebie-szepcze mi do ucha. Chcę coś powiedzieć, ale on już znika z Simonem i moim Jake'iem. Stoję jak wryta. Co on miał namyśli??? Odwracam się. Wypuszczam powietrze z świstem. Nawet nie zdałam sobie sprawy, że je wstrzymywałam. Na twarzy Avie maluje się przerażenie, ale nie wiem czy to z powody Valentaine'a czy Jake'a. Na twarzy Alex'a maluje się natomiast smutek, strach ale i szczęście. Nie wiem z jakiego powodu!.
-Mówiłam, że on żyje-odzywam się przerywając nie zręczną ciszę.
*************************************
Mówiłam abyście dali mi czas do jutra. I co nie uśmierciłam dziecka! Wiem, wiem nie spodziewaliście się powrotu Jake'a, ale cóż taki miałam pomysł. Mam nadzieję, że przypadł do gustu :P
Czekam na komentarze.